Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Powszechny udział zamiast widowiska

Żywa dyskusja dwóch saksofonów barytonowych, Ola Kozioł i jej sztuka latania, kino brytyjskie, krótkie, choć jak przystało na Wyspy nieco flegmatyczne i hermetyczne – wypełniły program „Nocy w galerii” w „Wieży Ciśnień”. Łódzka artystka rozpostarła skrzydła nad miastem i zadziwionymi mieszkańcami, niektórzy z nich zaanektowali ją natychmiast słowami: „Wszystkiego dobrego, córuchna!”, inni widzieli w niej anioła na żelaznym moście. W finale improwizowanego koncertu muzyków z Sambar objawiła też inne talenty. Umownie nocne spotkanie ze sztuką – komponowaną ad hoc, współtworzoną przez przechodniów i gapiów odbywało się w przestrzeni miasta, galerii – 17 maja br.

„iść dwa dni przed siebie wrócić pełnym”

Ola Kozioł wędruje. Fascynują ją ptaki, które nie sieją i nie orzą, a jednak Bóg nie pozwala im zginąć. Jej podróż w głąb siebie zaczęła się od fotografii. – Znalazłam ją w książce Jeana Debuffeta, francuskiego artysty, który wprowadził mnie najpierw w temat sztuki naiwnej. Na zdjęciu był widoczny starszy człowiek, stojący na polu z rozpiętymi czarnymi skrzydłami. Wyglądały jak parasole. Emanowała z niego czysta radość i spełnienie – wyjaśniała swe artystyczne poszukiwania asystentka na Wydziale Grafiki i Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. Skrzydła do „Sztuki latania” skonstruowała z lekkich bambusowych patyków, obszyła białymi płóciennymi paseczkami. Mimo zwiewności, nie były ani wygodne, ani lekkie, co okazało się  w drodze. Zmierzyć się z ich rozpiętością (przypominały bardziej skrzydła husarii lub Archanioła Michała), niewygodą, a później przejść kilka kroków uzbrojonym w tę wolność – nie było łatwo. Przekonali się o tym towarzysze jej podróży prowadzącej z „Wieży Ciśnień”, ulicę Dworcową, Trasę Warszawską, Most Żelazny, Wojska Polskiego – aż na Plac Zamkowy, gdzie skrzydła spadły jej z ramion. Przekonali się o tym również przechodnie, z którymi chętnie się dzieliła. Najbardziej pasowały Tomkowi Gadeckiemu, saksofoniście duetu Sambar, którego spotkała na swej drodze, były zrobione jak na jego miarę. 


Fot. Kamil Hejman

„bez wstydu siebie iść naprzeciw oddychać”
 

Skrzydła na plecach i wspólne wędrowanie wywoływały reakcje otoczenia. Kierowcy trąbili na ten widok, ludzie pytali, co się dzieje, posyłając dobre życzenia, a „Panzimnyłokieć” skomentował przez telefon komórkowy: „Jestem na moście! Właśnie widzę Anioła!”. Ola Kozioł nie leciała na oślep. Wędrówka miała wiele przystanków, dla odpoczynku i dla zatrzymania się, bycia z drugim człowiekiem. Ciekawi byli jej policjanci z drogówki („Te skrzydła muszą być ciężkie jak życie”, „My też latamy, jesteśmy wszędzie!”) osłaniający trasę Biegu Milowego Słupa, starsze panie z pieskami poszczekującymi na skrzydła Oli. A niektórym, szczególnie tym w autach, zdawało się, że źle widzą, przecierali oczy ze zdumienia.

Performans zakończył się na Starówce. Żywot  w naszym mieście zakończyły też skrzydła artystki, na których znajdowały się krople krwi. Ona sama, zmagała się ze zmęczeniem i urazem ręki. – Dużo chodzę – mówiła. – Zawędrowałam z koleżanką do Santiago de Compostela, w miesiąc przebyłyśmy ponad 900 kilometrów. Niedawno wybrałam się do Częstochowy, na festiwal ART.eria. To, co dzieje się podczas takiej podróży jest niezwykłe – tłumaczyła Ola Kozioł. – Skrzydła miały powstać w pejzażu norweskim, surowym, chłodnym, pierwotnym. Byłoby to trudne finansowo, logistycznie, na szczęście znalazłam idealne miejsce tutaj, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pierwsze działanie miało zostać tylko zarejestrowane przez kamerę. Potem stało się coś więcej. Zostałam zaproszona przez Bałtycką Galerię Sztuki Współczesnej „Baszta Czarownic” w Słupsku z zupełnie innym performansem („Sprzątanie domu”). Moje skrzydła miały stać w kącie, ale wzbiły się do lotu w pobliskiej Ustce. Czułam, że w Jurze były Ikarowskie, nad morzem stały się anielskie. Teraz zawędrowały w przestrzeń miasta i to koniec ich życia – skontatowała Ola, która swoje działanie nad morzem realizowała z myślą o walczącej o niepodległość Ukrainie. Połamane, unurzane w brudnych kałużach skrzydła, ale ciągle skrzydła, triumfalnie umocował u bram Galerii CKiS „Wieża Ciśnień” jej kurator, Robert Brzęcki, którego wspierali konińska artystka Ewa Gaj i dziennikarz Radia „Konin” Sławek Zasadzki.

Wszechstronność Oli Kozioł objawiła się raz jeszcze, tuż po projekcjach filmów krótkometrażowych Festiwalu WORLD SHORTS – Wielka Brytania. Widzowie mogli oglądać jej nadmorski performans, a później posłuchać wokalnej improwizacji, którą wykonała z Pauliną Owczarek i Tomkiem Gadeckim, którzy jako Sambar wystąpili w „Wieży” z improwizowanym koncertem na dwa saksofony barytonowe. Dodajmy, że Ola Kozioł śpiewa w chórach, uczestniczy w warsztatach śpiewu białego, archaicznego, tutaj również dotykając tego, co najbardziej pierwotne. Po występie Sambar, który odważnie eksperymentuje, trudno było sobie ten wspólny występ wyobrazić. Zgrana w muzycznej wędrówce dwójka, okazała się jednak równie zgrana w większym składzie. Do rozmowy, a właściwie burzliwej dyskusji dwóch instrumentów, wymieniających ze sobą komponowane na bieżąco dźwięki, dołączył harmonijnie ludzki, choć trochę nieludzki głos. Tak w ponury deszczowy dzień przegania się chmury i zaprasza słońce. „iść polaną łaskotanie łydek trawą”…


Fot. Paweł Hejman
 
Tytuł artykułu stanowi fragment wypowiedzi Jeana Debuffet. W śródtytułach znalazły się zapisy luźnych myśli Oli Kozioł, które stworzyła na potrzeby prezentowanego działania. Pierwotnym zamysłem artystki było rozrzucenie ich na ulicach miasta, co uniemożliwiła niesprzyjająca aura. W związku z powyższym karteczki otrzymają pocztą goście wydarzeń organizowanych przez Centrum Kultury i Sztuki w Koninie.

 
 
 
 
 
 
 
 

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2